Music

środa, 9 sierpnia 2017

Miasto Mroku na Bloga Lipca i nie tylko!

Cześć!
Mam dla Was kilka spraw organizacyjnych, ale nie tylko.
1. Na początku chciałbym powiedzieć, że rozdział 3.4 pojawi się w następnym tygodniu!
Dlaczego?
Ponieważ nie miałem czasu, żeby napisać interesującą kontynuację, a bzdetów tu Wam udostępniać nie zamierzam.
W najbliższych dniach będę skupiał się na fanfiction ze świata Harry'ego Pottera (kolejny powód!)

2. Jednak żeby nie było, że "Miasto Mroku" na razie obumarło, mam dla Was specjalną opowieść o przygodach mieszkańców Wildfire. Przedwczoraj ją zacząłem, a 2/3 napisałem wczoraj, bo był to ostateczny termin w konkursie na portalu Sweek.
Tutaj macie LINKA, ale ostrzegam: akcja dzieje się w przyszłości (sierpień 2016, a na blogu jesteśmy na razie w trakcie czerwca), więc mogą być SPOILERY! :)
Jak przyjdzie czas to udostępnię ją tutaj, więc nie martwcie się, jeśli teraz nie przeczytacie, bo ona Wam nie ucieknie.

3. Jest jeszcze dnia sprawa. Otóż Księga Baśni nominowała "Miasto Mroku" na Bloga Lipca, więc mam do Was oczywistą prośbę.
TUTAJ jest link do sondy, na której możecie wspomóc moją opowieść w walce o koronę :) Będzie super, jak zagłosujecie.
**Sonda jest również po prawej!!! :)

I ostatnie, jak sobie przypominam. Księga Baśni prowadzi również konkurs na wakacyjną opowieść.
Macie tu grafikę z linkiem do posta z nim.




Życzcie mi powodzenia i zapraszam do czytania!

-S. 

wtorek, 25 lipca 2017

Rozdział 3.3

Z perspektywy Daniela:
Octavian, Zayn i ja oczekujemy na przyjazd windy. W międzyczasie spoglądam na członka Rady, który ma na sobie czarną pelerynę ciągnącą się za nim po ziemi. Chcę już coś powiedzieć, ale wtedy otwierają się stalowe drzwi i całą trójką wchodzimy do pustej kabiny. Octavian wybiera piąte piętro, czyli najwyższe w budynku i naciska odpowiedni przycisk.
Mógł pan ubrać coś stosowniejszego  zwracam się do niego.
To znaczy?  mężczyzna wydaje się być bardzo zdziwiony.  Co masz na myśli?
Zaczynam szukać właściwych słów, ale wyprzedza mnie Zayn:
Coś, co nie rzucałoby się tak w oczy  oznajmia mój przyjaciel, wskazując na pelerynę.
Octavian uśmiecha się szeroko i macha lekceważąco lewą ręką, mówiąc:
Ach, to żaden problem. Tylko wy mnie widzicie.
I opuszcza windę , która właśnie zatrzymała się na piątym piętrze.
Zayn i ja patrzymy przez chwilę zdumieni na jego plecy, aż w końcu sami wychodzimy z kabiny. Zbliżamy się do niego, kiedy skręca w prawy korytarz i zatrzymuje się.
Mężczyzna nie może zrobić kolejnego kroku, gdyż przejście zagradza żółta taśma z napisem "LINIA SZERYFA, NIE PRZECHODZIĆ!". Miejsce najwyraźniej zostało już zabezpieczone i zbadane, gdyż poza nami nikogo tu nie ma.
Przypominam sobie, co wiemy do tej pory:
Z usłyszanych przez nas rozmów pielęgniarek wynika, że ich koleżanka z pracy została zamordowana w nocy między 5 a 6, a pacjent, do którego przyszła, zaginął. Świetnie.
Patrzę przed siebie. Za taśmą korytarz jest czysty, wręcz nieskazitelny, więc nie dziwi mnie pytanie Zayna:
Co tu się stało?
Tutaj?  pyta Octavian.  Nic. W tamtej sali  mężczyzna kieruje wzrok na tę najbliżej nas się znajdującą.  Została zabita kobieta.
Zayn przełyka ślinę, a ja bez ceregieli przechodzę pod taśmą. Odwracam się do moich towarzyszy i napotykam zadziwione spojrzenie Octaviana.
No co?  Wzruszam ramionami.  Przyszliśmy zobaczyć miejsce zbrodni, tak czy nie?
Tak  odpowiada mój przyjaciel i dołącza do mnie.  Idziesz pan?
Octavian posyła nam mordercze spojrzenie, ale jednak przechodzi pod taśmą i pyta:
Robiliście to już wcześniej?
Spoglądam na Zayna porozumiewawczo i stwierdzam:
Żeby to raz.
Członek Rady najwyraźniej nie nadąża, toteż Norton dodaje:
Często włóczymy się po nocach. W tym mieście co chwilę ktoś umiera, a nam się nudzi.
Ja w międzyczasie docieram do zamkniętych drzwi do sali, którą wskazał Octavian. Już mam je otworzyć, ale uświadamiam sobie, że zostawię na klamce odciski palców. Octavian podchodzi, macha ręką i drzwi otwierają się przede mną.
Chcę zrobić krok do przodu, ale coś mnie powstrzymuje. Nie wiem, czy to ilość krwi rozchlapanej po całej sali, czy może coś innego. Słyszę za sobą kroki dołączających do mnie Zayna i Octaviana. Biorę głęboki wdech i wchodzę do środka.
Szkarłatna posoka, która zaschła na łóżku, zdaje się do mnie krzyczeć: TU ZGINĄŁ CZŁOWIEK!!! Niegdyś białe prześcieradło zwisa z mebla rozdarte w kilku miejscach, a jego strzępy są porozrzucane po posadzce. Obok nich leży kilka rurek. Przy prawej ścianie znajduje się największa kałuża krwi, a jej ślad ciągnie się prawie pod same drzwi, gdzie się urywa.
Marszczę brwi i wtedy mam wizję. Jest tak silna, że momentalnie się cofam.
Zayn patrzy na mnie zaniepokojony:
Co jest?
Co widziałeś?  pyta Octavian, a ja odwracam się i wychodzę z sali. Staję przy ścianie i opieram się o nią plecami, biorąc kolejny głęboki wdech.
Nie jestem pewien  odpowiadam, patrząc w podłogę i próbując zebrać myśli.  Jakieś stworzenie na czterech nogach przypominające węża. Rzuca się na pielęgniarkę i rozszarpuje ją. Wszędzie jest krew.
Octavian świdruje mnie wzrokiem i dopytuje, czy niczego nie pominąłem, a ja kręcę głową. Wtedy zauważam malutką plamę czerwieni przy kolejnym rozwidleniu. Bez słowa podchodzę do niej i stwierdzam, że to krew. Podnoszę wzrok i nie wierzę.
Na końcu tego korytarza znajduje się okno, ale już bez szyby. Kilka jej roztrzaskanych kawałków leży na ziemi i błyszczy się w świetle dnia. Podchodzę bliżej i wyglądam na dwór. Powiew gorącego powietrza uderza mnie w twarz. Patrzę w dół i widzę przygnieciony krzak, na który musiało skoczyć gadzie stworzenie.
Wracam do Octaviana i Zayna, a ci patrzą na mnie pytająco.
To coś, czymkolwiek było uciekło przez okno.  Oznajmiam.
Dobrze wiedzieć  mruczy Norton.
Czemu zobaczyłem przeszłość?  Pytam nagle Octaviana.
Co masz na myśli?
Czy to nie dziwne? Dopiero co odkryłem, że mam nadnaturalne zdolności, a co rusz doświadczam czegoś nowego.  Mówię głośno.
Patrzę na Zayna, a ten oznajmia:  Może taka jest kolej rzeczy.
To prawda.  Dodaje Octavian.  Poza tym miejsca zbrodni są zawsze przepełnione emocjami, więc możliwe, że dlatego zobaczyłeś urywek z przeszłości.
Odpowiedź mężczyzny nie poprawia mi w żaden sposób nastroju. Nie wiem, czy martwię się bardziej o rozwój moich zdolności, czy o gadzisko grasujące gdzieś w okolicy.
Świetnie  parskam.  Co teraz?
Ty mi powiedz  mówi członek Rady.  Widziałeś coś szczególnego? Cokolwiek, co pozwoliłoby zidentyfikować tego stwora?
Zastanawiam się, a wtedy do głowy przychodzi mi inna myśl.
Kto był pacjentem?  Pytam.
Co?  Dziwi się Zayn.
Przecież pielęgniarka nie przyszła w nocy do tej sali tak z dupy. Przyszła do kogoś. Chcę wiedzieć do kogo.
Octavian milczy, ale w końcu oznajmia:
Do Samuela Collinsa.
Patrzę na mężczyznę z otwartymi ustami:
Nie...
Tak.  Mówi rzeczowo Octavian.
Czy to nie jest chłopak twojej siostry?  Pyta Zayn, a ja kiwam głową.  To gdzie on jest?
Kiedy potwór zaatakował pielęgniarkę, Sama nie było w środku.  Oznajmiam z przekonaniem.
To znaczy, że jego też pożarło?  pyta Norton.
Nie  odzywa się Octavian.  Za mało krwi jak na dwie osoby. Chłopak musiał uciec zanim to stworzenie zaatakowało.
Nie  mówię, ale oni mnie nie słuchają.
Ale jak?  zastanawia się mój przyjaciel.  Sam przeskoczył przez niego?
Może poszedł do toalety, a potem uciekł na dół  szepcze Octavian.
To gdzie jest teraz?  pyta Zayn.
Patrzę na nich i myślę, jak im powiedzieć, że się mylą. Wybieram prostotę:
Nic z tych rzeczy. Mylicie się!
Octavian przewierca mnie wzrokiem, a Norton czeka na moją wypowiedź. Jak miło!
Sam przez cały czas był w pokoju.  Oznajmiam, a oni oboje wybałuszają oczy.
Co takiego?  pyta głośno Zayn, a Octavian dołącza do niego:  Czemu tak myślisz?
Prowadzę ich z powrotem do sali i wyciągam prawą rękę do przodu.
Nie zwróciliście uwagi na pozrywane rurki?
Norton przewraca oczami i stwierdza:
Pewnie sam je poodrywał, kiedy uciekał z łóżka.
Raczej jak z niego spadał!  Mówię, a Octavian pyta:
Do czego zmierzasz?
Spójrzcie na prześcieradło  kontynuuję.  Jest ściągnięte, jakby Sam je trzymał, upadając.  Po chwili ciszy dodaję:  Myślę, że on się przemieniał.
Że co?!  Zayn mi najwyraźniej nie dowierza.
Skąd ci to przyszło do głowy?  pyta Octavian i patrzy na mnie przenikliwie.
Pielęgniarki mówiły, że Sam zniknął. Nie ma go nigdzie w szpitalu. Tamta kobieta  mówię i wzdrygam się na wspomnienie wcześniejszej wizji.  Została rozerwała przez coś, co pojawiło się w tamtej sali.
Octavian i Zayn wpatrują się we mnie, jak w jakiś niezwykły okaz z zoo.
Nie ma żadnych śladów, że Sam wyszedł z tej sali! Stwierdzam z siłą.
Może wyskoczył przez okno  rzuca Norton, a ja odpieram:
Zobaczyłbym jego ciało leżące tam na dole. Z piątego piętra nie tak łatwo uciec.
Członek Rady przechadza się po korytarzu, a peleryna oczywiście ciągnie się za nim.
To i tak nie wyjaśnia, czemu ten chłopak miałby zmienić się w gada  mówi.
Przez moment nie mam na to odpowiedzi, ale przypominam sobie chwilę, kiedy zobaczyłem Sama w jego rodzinnym domu.
Wielki wąż smakował w swojej paszczy jego rękę! Może to go jakoś zmutowało.
Nie mam żadnej pewności, bo nigdy nie spotkałem się z czymś takim. Patrzę na Octaviana, który się nad czymś zastanawia. Posyłam spojrzenie Zaynowi i ruszamy do windy. Nie musimy na nią długo czekać i już w środku Norton pyta:
Serio myślisz, że to Sam zabił tę pielęgniarkę?
Kiwam lekko głową, a winda zatrzymuje się na trzecim piętrze.
Chodź.  Mówię.  Idę zobaczyć, co u Maddie.

Ciąg dalszy nastąpi...

wtorek, 18 lipca 2017

Rozdział 3.2

       – Co ja tu robię? 
       Pytanie Phoebe Jenkins po raz kolejny pozostało bez odpowiedzi. 
   Siedemnastolatka z jękiem spojrzała na swoje związane dłonie, które ledwie dostrzegała w ciemności. Mrok panujący w jaskini był nie do zniesienia i dziewczyna zaczynała tracić panowanie nad sobą. 
       – Pomocy! – jej krzyk poniósł się echem. – Ratunku!!!
       – To nie ma sensu. 
       – Kto tu jest? – głos Phoebe zadrżał ze strachu. – Kto tu jest?
       – To ja, Ricky. 
    Phoebe próbowała wypatrzyć swoją rozmówczynię w ciemnościach, ale jedyne co zobaczyła to zarys jej postaci przy przeciwległej ścianie jaskini.
       – Co ty tu robisz? - zapytała siedemnastolatka. – Co ja tu robię? Co tu się dzieje?!
     – Nie mów tak głośno – mruknęła Ricky i westchnęła. – Jedynie opadniesz z sił, jak będziesz się tak denerwowała. 
      Phoebe zatrzęsła się, ale nie z zimna przenikającego ze ścian.
      – Gdzie my jesteśmy?
      Ricky zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech. 
      – W jaskini. 
      – Bo przecież nie zauważyłam – prychnęła Phoebe ze złością. 
     – Już się tak nie gorączkuj. – W wejściu stanęła Mona i z politowaniem spoglądała na obie dziewczyny. – Przecież to nie wina twojej koleżanki, że się tu znalazłaś.
      – To czyja w takim razie? 
      Mona uśmiechnęła się pod nosem i odparła wesołym głosikiem:
   – Moja, głuptasie. Wzywałam cię już od dłuższego czasu, ale ty straszliwie się opierałaś. 
      – Słucham? 
      – Śpiewałam ci – rzekła Mona. – Bardzo pragnęłam cię poznać. 
      – Czemu? – zapytała Phoebe i poczuła ogarniający ją chłód. 
     – Masz fascynującego przyjaciela – odparła jej rozmówczyni. – Który mógłby pomóc mi wyjść z tej jaskini.  
    – Sama nie potrafisz pokonać kilku metrów? – prychnęła Phoebe i położyła twarz na nogach zgiętych w kolanach. 
    – Chyba nie o to jej chodziło – wtrąciła Ricky słabo, która starała się nie przysłuchiwać toczącej się konwersacji. 
   Nastolatka miała już potąd słuchania głosu Mony, która najwyraźniej była w nim zakochana. 
      – Jakaś ty inteligentna – burknęła Phoebe, a Mona omal nie krzyknęła:
      – Zamknijcie się obie! 
      – Bo co? – westchnęła Jenkins. – Co nam zrobisz?
      Na chwilę zapanowała cisza, ale przerwał ją głos blondynki:
      – Utopię was. 
     Phoebe otworzyła szeroko oczy i wykrztusiła tylko:
      – Co?
   – Nie wierzysz mi? – szepnęła Mona i pogładziła się po włosach. – Ricky już się przekonała o mojej mocy na własnej skórze. 
      – Mocy? 
     – Nie udawaj głupszej niż jesteś – warknęła Mona. – Wiem wszystko o waszej małej potyczce z Czarnym Wężem. 
      – Co?
   – Dość! Wychodzę teraz, a wy dwie sobie pogadajcie. Przez najbliższy czas nie będziecie miały nikogo innego do rozmowy. 
      Po tych słowach Mona opuściła jaskinię, a Phoebe zapytała tylko:
      – Ona tak na serio?


***

       – Po co tu przyszliśmy? – spytał rozdrażniony już Nathan Howard. 
       – Daniel idzie za przeczuciem – odparł Zayn, po raz kolejny ziewając. 
       Widząc minę brata Ricky, cicho przeprosił. 
    – Nie idę za żadnym przeczuciem – oznajmił Swanson i zrobił kolejny krok w piasku.  – Nie pamiętasz, jak Phoebe gadała ostatnio o jakiejś jaskini? Może znowu tam poszła. 
       – Myślałem, że szukamy mojej siostry – Nathan nie dawał za wygraną.
     – Bo szukamy – mruknął Daniel i dodał po cichu do Zayna. – Kiedy wynosiłem koc Phoebe na górę, miałem wizję. Pheebs siedziała w ciemności i był z nią ktoś jeszcze.
      – Ricky? – zapytał Norton, a Swanson wolno pokiwał głową:
      – Tak przypuszczam. 
    – Skończyliście? – zapytał Nathan, który stał kilka metrów przed nimi, a nadmorski wiatr mocno rozwiewał mu włosy. – Myślałem, że pomożesz mi odnaleźć Ricky? 
      Daniel spojrzał na chłopaka i odparł głośno:
      – Pomogę!
    – Nie do końca rozumiem, czemu przyszedłeś z tym do Dana – odezwał się Zayn, a Nathan spojrzał na niego ze szczerą niechęcią. – Mogłeś zgłosić zaginięcie u pani szeryf.
      Młody Howard wybałuszył oczy:
      – Nie mogłem – zaczął chłopak, a Norton popatrzył na niego znacząco. 
   – Zgłoszenie dotyczące zaginięcia osoby można załatwić w każdej chwili w Kalifornii  – powiedział Daniel. – Czemu więc przyszedłeś z tym do mnie?
   Nathan wpatrywał się w swoje stopy, dopóki Swanson nie położył mu ręki na ramieniu. 
      – Czemu?
   – Bo wiem, że ci na niej zależy – odpowiedział wreszcie Nathan. – Dlatego przyszedłem. Poza tym nie miałem do kogo się zwrócić, a nie lubię tutejszej policji. – Howard dalej patrzył w ziemię. – Rodzice wrócą z konferencji dopiero w przyszłym tygodniu, a ja nie chcę siedzieć sam w domu.
     Daniel nie wiedział, co powiedzieć. Siedemnastolatek zdołał tylko uśmiechnąć się do brata Ricky. 
      – Urocze – wtrącił Zayn. – Ale trzeba je znaleźć. 
     Cała ich trójka spojrzała na bezkresną toń.


***

       – Mam dość tej ciszy! – krzyknęła Phoebe, a jej głos poniósł się echem. – Musimy się stąd wydostać. 
   – Czekam na propozycje – szepnęła Ricky, a Phoebe próbowała ją dojrzeć w otaczającej ciemności. 
       – Jak długo tu jesteś?
       – Może ze 2 dni – westchnęła Howard. – Nie jestem pewna. 
       – A jak się czujesz? 
      – Jak może czuć się osoba, która jest przetrzymywana w jakiejś jaskini wbrew własnej woli? – prychnęła Ricky ze złością.
     – O, Boże! – burknęła Phoebe i skrzywiła się. – Przepraszam, że pytam cię, jak się czujesz. Straszna ze mnie jędza.
       Ricky westchnęła głośno i mruknęła:
       – Przepraszam, jestem rozdrażniona. 
       Przez chwilę panowała cisza. 
       – Kim ona jest? 
       – Mona? 
       Dało się słyszeć "mhm". 
       – To jakaś psychopatka, która chciała mnie utopić. 
       – Jak? Przecież jesteśmy na końcu jaskini – Phoebe nie było do śmiechu.
       – Ona chyba potrafi kontrolować wodę – dodała Ricky cicho. 
       Phoebe wzięła głęboki oddech. 
       – Nie dziwi cię to jakoś - skonkludowała Ricky. – Czemu?
    Jenkins już miała odpowiedzieć, ale nie wiedziała ile może zdradzić. Octavian ostrzegał przecież, że taka wiedza w niewłaściwych rękach może być niebezpieczna. 
     – Nie musisz nic mówić – oznajmiła Ricky. – To pewnie o tym mówiła Mona, prawda? To o tym Czarnym Wężu?
        – Tak – westchnęła Phoebe i nagle przyszło jej coś do głowy.  
      Daniel wspominał, że ma przebłyski przyszłości. Może zdoła nas zobaczyć, pomyślała. Tylko jak?
     Nie wiedząc co robić, nastolatka zaczęła intensywnie wypowiadać w myślach imię przyjaciela. 
       – W porządku? – zapytała Howard, a Pheebs jęknęła:
       – Tak, próbuję się skupić. 
       Daniel, Daniel, Daniel, Daniel... Jesteś tam? Zobacz mnie, no zobacz!
       I wtedy Phoebe pomyślała o czymś innym. 


***

       Wizja omal nie zwaliła Swansona z nóg. 
       – Daniel? – głos Zayna rozległ się blisko jego ucha. – Co się stało?
       – Phoebe... – wykrztusił Dan. – Phoebe podjęła decyzję.
       Nathan spojrzał na niego i zapytał:
       – O czym ty gadasz?
       – Dobre pytanie – poparł Norton, a Swanson miał ochotę go kopnąć. 
     – Możesz odejść na minutę? – zapytał Daniel Nathana, a ten prychnął i podszedł do morza. 
       Swanson spojrzał na Zayna i warknął:
       – Nie wszyscy muszą wiedzieć o moich wizjach. 
       – Ojeju – mruknął Norton, przewracając oczami. – Co takiego zobaczyłeś?
     – Phoebe, jak wychodzi z jaskini na plażę. To był przebłysk, ale bardzo silny, jakby była blisko. 
      – Skoro wyszła – zaczął Zayn, ale Daniel pokręcił mocno głową:
    – Nie wyszła. Ona postanowiła wyjść. Czułem to. – Swanson spojrzał na Nathana wpatrującego się w morze. – Ona bardzo chciała, bym to zobaczył. Ona musi być w tej jaskini, o której mówiła. O której ja śniłem. 
       – No dobra – podsumował Norton. – Co dalej? Co daje nam ta informacja? 
       Daniel zastanawiał się nad odpowiedzią, a wtedy podszedł do nich Nathan. 
      – Skończyliście udawać wariatów? – zapytał z wyższością nastolatek. – Wiedziałem, że Zayn ma nie po kolei w głowie, ale ty Daniel... To dla mnie coś nowego.
     – I mówi to dzieciak, który biegnie do domu eks-chłopaka swojej siostry bo jej nie zastał po powrocie na chatę? Kto tu ma nie po kolei? – Zayn miał minę, jakby za moment miał się roześmiać.
      Nathan wpatrywał się w Nortona z widocznym bólem, a Daniel ze słabo opanowaną złością. Po chwili brat Ricky uciekł. Zayn patrzył za nim z szeroko otwartymi oczami.
       – Co to było? – wycedził Daniel. 
       – No co? – bronił się Zayn. – Czy ja mam nie po kolei w głowie?
       – Naprawdę chcesz usłyszeć moją odpowiedź?
       – Nie do końca – mruknął Norton, a Dan westchnął:
    – Nathan zawsze był blisko z Ricky – oznajmił. – Teraz ona zniknęła, a on został zupełnie sam.
      Daniel spojrzał na przyjaciela spod przymrużonych oczu:
      – Ty zawsze byłeś taki bez serca?
      – Od czasu do czasu – Zayn wzruszył ramionami i mrugnął do Swansona.
      Akurat wtedy zadzwonił jego telefon. 
      – Tak, Octavian? 
     Zayn spojrzał na Daniela jak na wariata. 
     – Od kiedy on ma twój numer?
   – Od wczoraj – odparł Swanson. – O co chodzi? – Siedemnastolatek zwrócił się do słuchawki. 
    – Przyjedź natychmiast do szpitala – powiedział Octavian. 
    – Ale co się stało? – dopytywał się Daniel. – Coś z Maddie? 
   Przez chwilę Octavian nie odpowiadał, ale w końcu dało się usłyszeć jego szept:
   – Nie z Maddie.
   Daniel wybałuszył oczy, a połączenie zostało zakończone. 
   – Tata... – wyszeptał Swanson. – Chodź!
  – Dokąd? – zdziwił się Zayn. – Chyba mieliśmy szukać Phoebe i Ricky...
  – Łażąc tak po plaży i tak ich nie znajdziemy – oznajmił Daniel. – No chodź!
  I poszli. 


***

   Przed wejściem do szpitala stał Octavian i robił co rusz to krok w tył, to w przód.  Daniel i Zayn podeszli do niego żwawo i Swanson od razu zapytał:
   – Co się stało mojemu tacie?
   Octavian spojrzał na nastolatka dziwnym wzrokiem. 
   – A co miało się stać? 
   Swanson już otworzył usta, ale wyprzedził go Zayn:
   – Czy z ojcem Daniela wszystko w porządku?
   – Tak – odparł krótko Octavian. – Co wy się go tak uczepiliście? To nie on jest tu ofiarą!
  Liście zaszeleściły w koronach pobliskich drzew. 
   – O czym pan mówi? – zapytał Daniel słabo. – Jak pan zadzwonił, zapytałem czy chodzi o Maddie, a pan odparł że nie. Powiedział pan "nie z Maddie". Myślałem, że chodzi o mojego tatę!
   Octavian wzruszył ramionami i mruknął:
  – Musiałem to zasugerować, bo nie wiedziałem czy przyjdziesz do szpitala jeśli cię wezwę.
   – Co? – Daniel cały zadygotał. – Nie ma pan prawa nigdy więcej tak robić! – Krzyknął chłopak, a jeden z sanitariuszy stojących niedaleko spojrzał na niego. 
   – Dobrze, dobrze – Octavianowi było to obojętne. – Musimy wejść do środka.
  – Po co? – zapytał Zayn. – Ktoś umarł?
  – A żebyś wiedział – odparł mężczyzna, a Zayn wybałuszył oczy.
  – Co tam się stało? – zapytał Daniel, a Octavian odpowiedział:
  – Lepiej, żebyście to zobaczyli na własne oczy. Trudno to opisać.
  Mężczyzna zbliżył się do ruchomych drzwi i otworzyły się one przed całą trójką. 
  – Nie wiem, czy chcę to zobaczyć – szepnął Daniel do Zayna, a ten uśmiechnął się:
  – Pewnie to nic takiego. Octavian znowu przesadza.
  Weszli do środka i drzwi zamknęły się za nimi. 
Ciąg dalszy nastąpi...

poniedziałek, 10 lipca 2017

Rozdział 3.1

         Piątek, 17 czerwca 2016, godzina 9:57
           Z perspektywy Daniela:
       Po przebudzeniu jestem zazwyczaj nie do życia, ale nie tego dnia. Piątek dla większości nastolatków jest czasem wytchnienia, zapowiedzią nadchodzącej wolności nawet wtedy, kiedy rok szkolny został już zakończony. 
        Piątek sam w sobie jest dniem wyjątkowym. Wtedy Wildfire naprawdę zaczyna tętnić życiem, choć w tygodniu też nie można narzekać. Kluby wypełniają się masą nastolatków kipiących hormonami, a puste zazwyczaj ulice rozbrzmiewają głośnymi rozmowami i muzyką. 
    Nazywanie Wildfire miasteczkiem – choć tak się już przyjęło – jest niedopowiedzeniem. Jeśli wierzyć tablicy stojącej przy wjeździe do miasta, mieszka u nas na stałe 35 109 obywateli. Moim zdaniem to nie mało, ale o tym może kiedy indziej.
          Zazwyczaj z rana nie rozmyślam tak nad miejscem, w którym się wychowałem. Może to z powodu wczorajszego dnia, kiedy ogromny wąż próbował mnie zabić? Albo dlatego, bo moi najbliżsi przyjaciele Zayn i Phoebe dowiedzieli się o tej całej sprawie z Ciemnością itp.? Możliwe. 
          Podnoszę głowę i opieram się prawym łokciem o poduszkę. Przeciągam się, bo spanie na podłodze – nawet na miękkim kocu – nie należy do najprzyjemniejszych. Przypominam sobie, czemu wybrałem takie miejsce na spoczynek. Przez pół nocy Octavian opowiadał moim przyjaciołom i mnie o wszechpotężnej Ciemności i o tym co prawdopodobnie mnie kiedyś tam czeka. Było tego tak dużo, że postanowiliśmy okupować salon zamiast mojego pokoju i tam poszliśmy spać. 
        Patrzę na Zayna, który leży kilka metrów dalej wciąż pogrążony we śnie. Spoglądam w lewo, ale na kocu Phoebe nikogo nie ma. 
            W głowie zapala mi się czerwona lampka i postanawiam obudzić przyjaciela:
       – Zayn – mówię, ale szesnastolatek nie reaguje. – ZAYN! – Podnoszę głos i szturcham go. 
             Norton otwiera zaspane oczy i patrzy na mnie pytającym wzrokiem. 
             – Phoebe zniknęła. 
       – Jak to zniknęła? – Zayn powstrzymuje się od ziewnięcia, ale słabo mu to wychodzi. 
             – Musiała wcześniej wyjść – stwierdzam, zastanawiając się czemu.
      – Może rodzice do niej zadzwonili – zastanawia się Norton, a ja po chwili niedowierzania kiwam głową. 
            – Zadzwonić do niej? – pytam cicho. 
            Głos w głowie mówi mi, że nic jej nie jest, ale jednak...
            – Zadzwonię – mówię sam do siebie i wybieram numer przyjaciółki. 
            Po kilku sekundach słyszę głos Phoebe i kamień spada mi z serca.
            Na pytanie, czemu tak zniknęła, nastolatka z lekką irytacją odpowiada:
            – Moi rodzice stwierdzili, że jestem nieodpowiedzialna. Mam szlaban. 
           – Co takiego? – nie wierzę własnym uszom. – Z jakiego powodu?
       – Moi szanowni rodzice martwili się o mnie, ale nie pomyśleli by do mnie zadzwonić. – Głos Phoebe jest przesycony sarkazmem. – Gdy im o tym wspomniałam, tata zarzucił mi kłamstwo i mam zakaz wychodzenia z domu. 
           – Mogę wyjaśnić twojemu tacie – zaczynam, ale Phoebe przerywa mi wpół zdania:
        – To nic nie da. Moi rodzice są źli również na ciebie i Zayna. Wątpię, czy twoja wizyta poprawiłaby moją sytuację. 
           – Przykro mi – mówię, a Phoebe oznajmia że rodzice każą jej kończyć. 
    Z lekkim zdziwieniem odkładam komórkę na koc, a Zayn patrzy na mnie zaciekawiony.
           – No i co? – powtarza. – Co się stało?
        Mówię o tym, co powiedziała mi Phoebe. Zayn marszczy brwi, a po chwili stwierdza że rodzice dziewczyny są pojebani. Trudno się z nim nie zgodzić.
         Wstajemy i idziemy do kuchni, bo mamy ochotę na śniadanie. 
    W przedpokoju Zayn widzi swoje odbicie w lustrze i otwiera szeroko oczy. Błyskawicznie zaczyna układać swoje czarne, niesforne włosy ale one nie dają się ugłaskać tak łatwo. Chłopak ma taką minę, jakby przegrał życie. 
         Na mojej twarzy wykwita szeroki uśmiech, kiedy wchodzimy do kuchni. 
         – Co jemy? – pyta mój przyjaciel, a ja sprawdzam co mamy w lodówce.
      – Ser, jajka, wędliny – po kolei wymieniam jej zawartość. – Jest! – Wykrzykuję z eureką. 
    Zamykam lodówkę, a na blacie kładę karton mleka. Później wyciągam z szafki opakowanie płatków śniadaniowych w kształcie muszelek – to moje ulubione, jeśli musicie wiedzieć – a po chwili znajduję dwa średniej wielkości talerze. Zayn w międzyczasie wlewa mleko do metalowego garnka i kładzie na gazie. 
     Czekamy kilka minut i siadamy przy stole w jadalni. Sypię mnóstwo płatków, zalewam gorącym mlekiem i zaczynamy pałaszować. Od dzieciństwa kocham płatki i nie zamierzam się z nimi rozstawać. Moje rodzeństwo natomiast od dawna za nimi nie przepada, więc jest ich więcej dla mnie! Cudnie, prawda?
         – Gdzie w ogóle podziewa się Mike? – pytanie Zayna przerywa nasze milczenie. 
         Nie mam na to odpowiedzi. Od wczorajszej kłótni nie widziałem piętnastolatka.
         – Nie wiem – mówię i kończę posiłek. 
       Wstaję od stołu i idę na piętro dowiedzieć się, czy Mike wrócił przynajmniej na noc. W jego przypadku nigdy nie jest to pewne. 
        Pokój chłopaka jest pusty, a mnie zaczyna ogarniać irytacja. Schodzę z powrotem na dół i wracam do kuchni, gdzie zostawiłem telefon. Wybieram numer Mike'a, ale po dłuższym oczekiwaniu nikt nie odpowiada. Ze zmarszczonym wciąż czołem dzwonię do taty, by poinformować go o nieobecności piętnastolatka. 
        – Co takiego? – głos mężczyzny wybija się ponad szpitalny gwar. – Co to znaczy, że nie wrócił?
      – Że nie wrócił – parskam, a po chwili dodaję: – Wczoraj po obiedzie wybiegł z domu i od tego czasu go nie widziałem,
         Po drugiej stronie słuchawki zapada cisza.
       – Pewnie spał u jakiegoś kolegi – oznajmia w końcu tata, a ja otwieram szeroko oczy.
       – Aha. – Nie wierzę własnym uszom. 
      – Nie musisz się tak wszystkim przejmować – w głosie mężczyzna pojawia się dziwna nuta, której nie potrafię rozszyfrować. – Może Mike potrzebował pobyć przez chwilę sam...
       Teraz już jestem pewien, że mój ojciec został porwany przez kosmitów. Chyba, że...
      – Tato – zaczynam cicho, patrząc na Zayna który posyła mi zaniepokojone spojrzenie. 
      – Tak? 
    Ja znam tylko jeden powód, który wywołałby u brata chęć ucieczki, ale to nie może być prawda.
      – Dlaczego Mike miałby chcieć pobyć sam?
      Richard nie odpowiada, a ja jestem już pewny że znam odpowiedź. 
      – Tato? Tato!!!
      – Wasza mama wróciła do miasta.
     Głos ojca dociera do mnie z bardzo daleka, pewnie dlatego że upuściłem przed chwilą telefon. Komórka spada na ziemię, obudowa z tyłu z łatwością odpada a bateria jedzie po posadce. Zayn patrzy na mnie w szoku, a ja mam ochotę się przewrócić. 
      Opieram się o stół i dopiero po chwili do mnie dociera, że przyjaciel zadał mi pytanie. 
     – Moja matka... – więcej słów nie chce przejść mi przez gardło, ale na twarzy Nortona pojawia się zrozumienie. 
      Siadam na krześle i ukrywam twarz w dłoniach.
      Przez kilkanaście sekund panuje cisza, którą przerywa dzwonek do drzwi. 
      – Spodziewasz się kogoś? – pyta Zayn, a ja kręcę głową. 
      – Możesz?  przyjaciel od razu wie, o co mi chodzi.
      Wstaje od stołu i idzie do drzwi. Otwiera je i słyszę jego pytanie:
      – Nathan?
    Przez moment zastanawiam się, czy znam jakiegoś Nathana. Wychodzę z jadalni i powoli podchodzę do drzwi. 
    W drzwiach stoi szesnastoletni Nathan Howard, brat Ricky. Jego krótkie włosy są równie brązowe jak jego siostry, ale wzrostem jej nie dorównuje. Ode mnie jest niższy z 8 centymetrów, a od Zayn 10. Patrzy na nas i nie wie, od czego zacząć. 
       – Hej, Nathan  witam go, a chłopak wreszcie z siebie wykrztusza:
       – Ricky zniknęła.
Ciąg dalszy nastąpi...

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Rozdział 2.10

        Z perspektywy Daniela:
     Mam wrażenie, że zatrzymał się czas. Sztylet bardzo powoli przecina powietrze i nieuchronnie zbliża się do klatki piersiowej czarodzieja. Już widzę, jak mężczyzna pada na ziemię ugodzony kiedy... 
      Czarny Wąż patrzy na mnie z niedowierzaniem. Uśmiecha się, wyciąga prawą dłoń przed siebie a w niej w zielonym rozbłysku materializuje się mój sztylet. 
     Nie!!!, krzyczy głos w mojej głowie, to niemożliwe!!! A jednak. Mężczyzna przygląda się narzędziu z uznaniem i oznajmia:
      – Bardzo dobre wykonanie. Ale czy aby na pewno dziecko powinno bawić się taką niebezpieczną bronią? 
        Posyła mi kolejne dziwne spojrzenie, cały czas obracając sztylet w dłoniach. 
        – Nie – stwierdza nagle mężczyzna z przekonaniem. – To nie dla ciebie. 
        Przyglądam mu się i nie wiem, co mam myśleć. Teraz już jestem zupełnie bezbronny. On to widzi i nie może powstrzymać się od kąśliwej uwagi:
        – Twój nauczyciel cię nie uczył, że nie oddaje się broni przeciwnikowi? 
       Moją twarz wykrzywia grymas, a Czarny Wąż uśmiecha się głupkowato. I to ma być poważny czarodziej stanowiący dla innych zagrożenie? Ech, szkoda gadać.
        Przypominam sobie fragment tekstu, który miałem okazję czytać wcześniej. 
     – A pański nie ostrzegał przed niebezpieczeństwem zabierania się za eksperymenty z jadem węża? – pytam prosto z mostu.
        Tym razem to mężczyzna wykrzywia wargi. 
        – Widać jak to się dla pana skończyło. – Dodaję bez cienia złośliwości. 
        Po minie czarodzieja widzę, że przesadziłem. Ups...
   Wciąż trzymając w niej sztylet, wyciąga prawą rękę i przecina nią powietrze. Niewidzialna siła odpycha mnie na ścianę magazynu. Krzyczę, ale to i tak nie ma znaczenia. Zderzenie nie należy do najprzyjemniejszych, ale nie odczuwam tak dużego bólu, jak się spodziewałem. Podnoszę się z jękiem i otwierając oczy, napotykam wzrok Czarnego Węża. Patrzy na mnie, ale jego złość zniknęła bez śladu. Nic nie rozumiem. 
        Wstaję i słyszę posykiwania gadów, które zbliżyły się do swojego pana. On spogląda na nie z wyraźnym uwielbieniem, a ja mam odruch wymiotny. Zastanawiam się, co mogę zrobić. Najsensowniejszym rozwiązaniem wydaje się być ucieczka, ale z tym jest mały problem. Kilka metrów od drzwi stoi sobie Czarny Wąż, bezczelnie bawiąc się moim sztyletem. Patrzy na mnie, jakby odczytywał moje myśli bez mrugnięcia okiem. 
    Czuję, jak zimny pot spływa mi po karku. Jestem w ślepej uliczce. I wtedy przypominam sobie, że przecież on nie chce mnie zabić. On ma mnie sprawdzić, cokolwiek to znaczy. 
         – Czy mogę już sobie iść? – pytam bez cienia sarkazmu.
      Nie spodziewam się pozytywnej odpowiedzi. Mężczyzna wybucha śmiechem, a ja patrzę na sztylet, który mi ukradł. On jest mój!!!, krzyczę w myślach. Chcę go z powrotem!
       Narzędzie wylatuje czarodziejowi z rąk i kieruje się do moich własnych. Łapię je i nie dowierzam własnym oczom. Czarny Wąż również ma szok wypisany na twarzy. Ha, nie spodziewałeś się tego!, myślę. 
      Czyżby to była aktywna moc??? Mam ochotę krzyczeć z radości. Wpadam w taką euforię, że nienaumyślnie macham lewą dłonią. Mężczyzna z krzykiem wpada na ścianę, a głowy wszystkich gadów zwracają w jego kierunku.
         Mam okazję uciec! Droga wolna!, krzyczy głos w mojej głowię. Ruszam w kierunku uchylonych drzwi, ale słyszę wrzask Czarnego Węża:
         – Zatrzymać go!
      Nie mam szans. Trzy najszybsze węże - przy okazji największe i po ich oczach sądząc najbardziej wygłodniałe - zagradzają mi wyjście z głośnym sykiem. 
         – Nigdzie nie pójdziesz! – słyszę głos mężczyzny i zerkam w jego stronę. 
         Czarodziej już się podniósł i teraz patrzy na mnie z nienawiścią. 
        Chcę mu odwarknąć, że się myli ale sprawa wydaje się być przesądzona. Krąg węży wokół mnie zacieśnia się coraz bardziej, a ja nie wiem, czy wyjdę z niego cało.


***

     Zayn przystanął i nie wiedział, co robić dalej. Od momentu wybiegnięcia z lasu minęło już trochę czasu, a po Arii nie było śladu. Phoebe stała obok niego i wpatrywała się w pustkowie, na którym się znaleźli. Wiatr wył w okolicy, a trawa tańczyła pod jego naporem. Para nastolatków zobaczyła w oddali jakiś szary budyneczek, który wyglądem przypominał opuszczony magazyn. 
        – Zajrzyjmy tam – mruknęła Phoebe i zaczęła iść w jego w kierunku.
        Norton wahał się przez moment, ale dziewczyna ponagliła go machnięciem dłoni.
        – Nie po to tyle przebiegłam, żeby teraz się poddać – oznajmiła. – No chodź!
       Nie musiała tego przyjacielowi powtarzać. Zayna rozpalało coś od środka. Za chwilę zobaczę Arię, za chwilę zobaczę Arię. Szesnastolatek nie mógł się powstrzymać od szerokiego uśmiechu na ustach. Phoebe zauważyła go, ale nie zamierzała komentować. Była na to za bardzo zmęczona. 
       Kiedy podeszli już pod sam magazyn, Zaynowi wydawało się że usłyszał męski głos. Po chwili dołączył do niego drugi, który brzmiał wyjątkowo znajomo. Norton zmarszczył brwi i miał właśnie popchnąć i tak już lekko uchylone drzwi, kiedy poczuł na ramieniu dłoń Phoebe. Odwrócił się do niej, a ona pokręciła tylko głową. Na twarzy miała wypisane przerażenie. 
        Przez chwilę stali i nasłuchiwali

***

       Z perspektywy Daniela:
       Cielsko węża oplata mnie i zaciska się wokół klatki piersiowej. Z każdą sekundą tracę siły, a gadowi najwyraźniej się to podoba. Czarny Wąż pochyla się nade mną, a na jego twarzy wykwita szeroki uśmiech. Mam wielką ochotę na niego splunąć. 
     – Wygodnie ci w takiej pozycji? – pyta mężczyzna i zanosi się śmiechem. – Myślałem, że porozmawiamy jak cywilizowani ludzie. 
       – Ty nie jesteś człowiekiem – cedzę przez zęby, a uśmiech schodzi z jego twarzy. 
       Patrzy na mnie, a ja słabnę. Ledwie mogę się poruszyć. To nie może być koniec. 
    – Ponoć miałeś mnie nie zabijać – mówię słabo i zaczynam mieć mroczki przed oczami. 
      Ciemność zbliża się do mnie nieuchronnie, a ja nie mogę nic z tym zrobić. Czuję złość i ból, że już nigdy nie zobaczę taty, ani Maddie ani Mike'a. Nie wyjdę się spotkać z Zaynem, ani Phoebe... 
     Oplatająca mnie siła znika, a ja zaczynam dostrzegać światło. Leżę przez chwilę i patrzę w szary sufit. Podnoszę się z podłogi i biorę głęboki oddech. 
       Czarny Wąż patrzy na swojego pupila, który postanowił mnie jednak nie zabijać,  a ja czuję ból w miejscach, gdzie ten potwór mnie ściskał.
        – Masz rację – mówi mężczyzna sucho. – Poniosło mnie.
        Patrzę na niego bez słowa, a strach zaciska mi gardło. Moje ręce drżą, a ja sam mogę ledwie ustać na nogach. Czarny Wąż spogląda na mnie bez zainteresowania, a ja już wiem że on w każdej chwili mógłby mnie posłać na śmierć. 
      Otwieram usta, ale nie wydobywa się z nich żadne słowo. Jedyne czego pragnę to uciec z tego magazynu i zapomnieć o wszystkim.
      Nozdrza czarodzieja prawie niezauważalnie zaczynają się poruszać. On coś węszy, myślę, a mężczyzna z zaciekawionym spojrzeniem podchodzi do uchylonych drzwi.
      Nie wiem, o co chodzi ale nie podoba mi się to. Przełykam głośno ślinę, a wtedy drzwi napierają na Czarnego Węża z impetem i czarodziej dostaje nimi w głowę. Zatacza się do tyłu i upada z głośnym jękiem. Wtedy do magazynu wchodzą Phoebe i Zayn, a ja otwieram szeroko oczy ze zdumienia. 
        – Daniel, wszystko w porządku? – pyta dziewczyna lekko piskliwym głosem, patrząc na mnie ze strachem, a później na wijące się przy przeciwległej ścianie węże.
         – Co wy tu robicie? – pytam nadal zszokowany. 
         – Biegliśmy za Arią – oznajmia Zayn, a ja mam wrażenie że zaraz odlecę. 
         – Co takiego? – mówię słabo, ale Phoebe kręci tylko głową:
         – Opowiemy ci później. Uciekajmy stąd! 
        Przytakuję i już mamy wybiegać z magazynu, kiedy słyszę głos Czarnego Węża. 
         – Za nimi!
       Mężczyzna właśnie się podniósł i patrzy na naszą trójkę ze złością. Jego pupilki w niesamowitym tempie ruszają na nas spod ściany, a my z wrzaskiem opuszczamy budynek. 
     Niebo przybrało jasno błękitną barwę i nikt by nie pomyślał, że wcześniej była okropna burza. 
        Za nami z magazynu pierwsze wydostają się węże. Z głośnymi sykami suną ku nam, a po chwili za nimi pojawia się Czarny Wąż. Ja w międzyczasie chowam sztylet do pochwy przewieszonej przez jeansy. 
       Biegniemy ile sił w nogach, ale jeden z węży wysforowuje się na prowadzenie i owija się wokół kostki Phoebe, która upada z krzykiem na trawę. Zayn i ja zatrzymujemy się, nie wiedząc co robić. 
    Czarodziej zbliża się ku nam powolnym krokiem, jakby miał czas całego świata. Pewnie i ma.  Nie było czasu na zastanawianie się. Uważając na jego głowę, zaczynam ciągnąć węża trzymającego Phoebe za ogon. Gad otwiera paszczę i już ma wysunąć język, kiedy Zayn kopie go w nią nogą. Zwierzę wydaje pisk i puszcza naszą przyjaciółkę. 
       Wtedy coś każe spojrzeć mi na Czarnego Węża. Mężczyzna wysuwa swoje obie ręce przed siebie a z nich - nie mam lepszego określenia - wystrzeliwują zielone promienie. Otwieram usta, bo zdaję sobie sprawę że czarodziej wycelował je w moich przyjaciół. Zastępuję mu ich i pod wpływem impulsu sam wystawiam ręce. Czuję silny wstrząs, kiedy magia czarodzieja dotyka moich dłoni. 
       Dostrzegam szok w jego oczach. Nie spodziewałeś się takiego obrotu sprawy, myślę. Nie zastanawiając się, odpycham zielone światło od siebie a ono wraca do swojego właściciela. Czarny Wąż waha się o sekundę za długo. Jego własna moc powala go i odpycha z wielką siłą kilkanaście metrów do tyłu. 
    Węże z sykiem kierują się w jego stronę, a my zostajemy sami. Nie patrzę na przyjaciół. Nie wiem, czy chcę zobaczyć ich miny pełne niepokoju i obrzydzenia. Mijam ich, a wtedy na ramieniu czuję silną dłoń Zayna:
        – Daniel – mówi przyjaciel cicho. – Co to było?
       Nie mówi tego z niechęcią, więc spoglądam na jego twarz. Szesnastolatek patrzy na mnie całkiem zwyczajnie, może jest tylko w lekkim szoku. 
       – Opowiem wam wszystko u mnie w domu – proponuję szybko i dodaję cicho: – Jeśli chcecie do mnie przyjść.  
        Phoebe patrzy na mnie ze zdziwieniem. 
        – Chodźmy! – mówi i ruszamy w ciszy.
       Jedyny dźwięk jaki nam towarzyszy to śpiewanie wróbelków siedzących na gałęziach drzew.
               
***

      Z perspektywy Daniela:
       – A więc to wszystko – mówię i zapada głucha cisza. 
      Siedzę na swoim łóżku oparty o ścianę, mając podciągnięte do siebie kolana i czekam, które z przyjaciół odezwie się pierwsze. Oboje siedzą na podłodze po turecku i gapią się na mnie.  
      – Więc... – głos zabiera w końcu Zayn. – Jesteś czarodziejem. 
      To nie jest pytanie, ale kiwam szybko głową. 
      – Od kiedy masz te moce? – pyta cicho Phoebe i patrzy mi w oczy. 
      – Od wczoraj chyba – odpowiadam i marszczę brwi.
      Sam już nie wiem. To wszystko jest takie pogmatwane...
      – Czyli ten Czarny Wąż to też czarodziej? – pyta Norton, a ja mu przytakuję. 
      Phoebe już otwiera usta, ale ja odzywam się pierwszy:
     – Uprzedzę twoje pytanie. Nie wiem, czemu Mroczny kazał Wężowi mnie sprawdzić. Nie mam zielonego pojęcia. 
   Przyjaciółka patrzy na mnie, jakby widziała po raz pierwszy w życiu. W pewnym sensie tak jest. Uśmiecham się do niej delikatnie i odpowiadam na niezadane pytanie: 
      – Widzę przyszłość. To znaczy urywki przyszłości. – Przez chwilę myślę i kontynuuję: – Czasami przeczucia są silniejsze niż inne i dlatego wiedziałem, o co chcesz zapytać. 
      – Och! – mówi tylko Pheebs, a Zayn uśmiecha się głupkowato.  
      – Uratowałeś nas – stwierdza mój przyjaciel, a ja kręcę głową:
   – Nawzajem się uratowaliśmy – prostuję, a wtedy do pokoju wbiega zdyszany Octavian. 
      Patrzy to na mnie, to na Phoebe i Zayna i już otwiera usta, kiedy ja z irytacją pytam:           – Gdzie pan był? Gdzie pan był przez cały dzień? Wie pan co przeżyłem? Co wszyscy przeżyliśmy?
     Moja złość wydaje się udzielać również moim przyjaciołom, choć oni jeszcze nie mieli okazji poznania Octaviana. Mężczyzna wykrzywia usta i odpowiada:
      – Miałem ważną sprawę do załatwienia. 
      – Co takiego? – cedzę przez zęby. 
      – Musiałem... – Octavian skrzętnie unika odpowiedzi. – Byłem na rozmowie o pracę. 
   Przez chwilę nie wiem, co powiedzieć a potem zaczynam krzyczeć. Jestem zły na Octaviana i jego nieodpowiedzialność, na Czarnego Węża i jego powalony stróż plażowicza, a także na tego Mrocznego, który tylko gdzieś się czai. 
       Biorę głęboki wdech i mówię:
       – Miał pan mi opowiedzieć o Ciemności. Proszę mówić. 
    – Nie mogę nic powiedzieć przy nich – odpiera mężczyzna i pokazuje na moich przyjaciół. 
        Już wyciąga dłoń, a wtedy jego twarz wykrzywia grymas zaskoczenia. 
     – Nie mam już pyłu – mruczy do siebie Octavian, a ja posyłam mu złośliwy uśmieszek.
      – Co za pech. Proszę mówić. 
      Octavian staje przy oknie i z niechęcią zabiera głos:
     – O Ciemności nie wiadomo zbyt wiele. Jest bardzo stara, ponoć starsza od wampirów, których początek szacuje się na 8 tysięcy lat p.n.e. 
     – Wampiry – szepcze Phoebe, a w jej oczach na moment pojawia się strach. – One istnieją?
   – Oczywiście, że tak – prycha Octavian, ale widząc moją minę zaczyna mówić normalnie. – Nie martw się, dziewczyno. Słyszałem, że grasowały w tym miasteczku ale to było kilkanaście lat temu. 
       – Pocieszające – mruczy Zayn. 
     – Tak więc – kontynuuje Octavian. – Ciemność jest prastara. Nikt nie wie, jak powstała ale wiadome jest że potrzebuje nosiciela. 
      – Jak wirus – stwierdzam cicho. 
    – Mroczny jest tym nosicielem – mówi mężczyzna. – Ciemność przejmuje nad nim kontrolę, ale wszystko zależy od jego siły woli. Albo jest silny i sam decyduje co robi, albo to Ciemność pociąga za wszystkie sznurki. Choć osobiście uważam, że po części i tak tak jest. W związku z tym...
       Wtedy burczy mi w brzuchu. Przerywam Octavianowi, mówiąc:
       – Chodźmy coś zjeść. Umieram z głodu. – I schodzę z łóżka.
     – Tak! – Phoebe i Zayn wstają z podłogi i podchodzimy do drzwi, kiedy Octavian mówi: 
       – Mieliście posłuchać o Ciemności. 
      Najwyraźniej pogodził się z faktem, że moi przyjaciele i tak już są w to zamieszani. 
I dobrze. 
     – Możemy posłuchać później – stwierdzam i wszyscy wychodzimy na korytarz. – Poza tym na głodnego i tak nic nie zapamiętamy.
       – Co racja to racja – popiera mnie Zayn z szerokim uśmiechem. 
       – Może zrobimy naleśniki – mówi Phoebe, a ja na to:
       – Genialny pomysł. Chodźmy do kuchni.
       Podchodzimy do schodów, a niezadowolony Octavian idzie za nami.  


***

        Słońce już zaszło, a pomarańcz, czerwień i żółć wciąż królowały na niebie. 
       Kyle Russell znajdował się na obrzeżach Wildfire. Samotny siedemnastolatek stał na Wzgórzu Wisielców, które było tak nazywane od niepamiętnych czasów. Nazwa wzięła się stąd, że w dalekiej przeszłości sądzono tam ludzi i jeśli ich skazano, byli wieszani. Teraz na wzgórzu nie było nic oprócz rosnącego samotnie wysokiego dębu. Gałęzie drzewa kołysały się miarowo kiedy zawiał wiatr, a zielone liście szeleściły cichutko. 
       Chłopak stał i wpatrywał się w swoje ręce. Mimowolnie spojrzał na północ i skrzywił się. Kilkanaście metrów od Wzgórza swoje miejsce miał mały cmentarz, teraz przez nikogo niezarządzany. Kyle czuł się, jakby wszystkie duchy zmarłych gapiły się na niego. Odwrócił wzrok i zaczął mówić:
     – Jestem tu, żeby się pożegnać, Ario. Długo zastanawiałem się, czy powinienem porzucać nadzieję, ale to chyba wszystko co mogę teraz zrobić. 
        Zamilkł na moment i spojrzał na cmentarz.
        – Szukałem cię, ale ty zniknęłaś... – szepnął w pustkę. – I chyba już nie wrócisz.
        Wiatr zawył, a Kyle dodał na sam koniec; 
        – Tak bardzo za tobą tęsknię. Żegnaj, Aria. 
       Przełknął ślinę i zaczął schodzić ze wzgórza. Nagle zatrzymał się i zamarł, bo zaczął odnosić wrażenie że jest obserwowany. Odwrócił się, ale poza nim nadal nie było nikogo w okolicy. Kyle zacisnął usta i szedł dalej, a za nim migotała postać wyglądająca jak Aria. Duch patrzył na plecy siedemnastolatka i uśmiechał się złowrogo, pokazując zęby.

***

        – Co ja tu robię? – Mike pytał samego siebie. 
        – Prawie nas wydałeś – odezwał się kobiecy głos w ciemności. – Nieładnie...
     Piętnastolatek zamarł, ale po chwili się rozluźnił bo z mroku wyłoniła się znajoma twarz. Mona posłała mu szeroki uśmiech, ale chyba nie do końca szczery. 
       – To Daniel się o wszystko wypytywał – mruknął Mike i oparł się o wilgotną ścianę jaskini. 
       – Wiem, wiem – szepnęła Mona i wzięła głęboki wdech. – Przecież nie jestem zła na ciebie. – Dodała i zaczęła chodzić w tę i z powrotem.
        Zatrzymała się przy Mike'u i spojrzała na jego obojczyk. 
        – Nic cię nie boli? – zapytała, choć i tak znała odpowiedź. 
        – Nic a nic – odparł uradowany nastolatek. – Twoja magia uczyniła cuda. 
        Mona zaśmiała się uroczo. 
      – Zwyczajne uzdrowienie za pomocą wody – oznajmiła dziewczyna. – A teraz zaśnij...
     – Co? – zdążył powiedzieć Mike i położył się na nierównym podłożu. Po chwili chrapał w najlepsze, a Mona stojąc nad nim, dodała:
       – I o niczym nie będziesz pamiętał. 

***

     Phoebe stała na pustej plaży i nieobecnym wzrokiem wpatrywała się w spokojną wodę. Wiatr delikatnie mierzwił jej włosy, a słońce już niedługo miało wyłonić się zza horyzontu. Niebo przybrało piękną pomarańczową barwę, ale siedemnastolatka nie przyszła tam podziwiać widoków. Sama nie była pewna, czemu się tam znalazła.  
     Wyjęła telefon z kieszeni szortów i spojrzała na ekran, który pokazywał 5:30. Co ja tu robię o takiej porze? 
      – Ze mną jest naprawdę coś nie tak – jęknęła i napisała sms-a do Zayna: 
      Jestem nad morzem, ale nie mam pewności dlaczego. 
     Wysłała go i schowała urządzenie z powrotem. Miała zamiar zawrócić, kiedy znowu ją usłyszała. Przepiękna pieśń po raz kolejny dała o sobie znać. 
      Dlatego tu jestem, w umyśle Phoebe pojawiło się zrozumienie. Dlatego tu jestem.
      Dźwięki ją przepełniały. Nastolatka nareszcie czuła się wolna. 
     Pewnym krokiem szła plażą aż dotarła do jaskini, której wejście skryte było w cieniu. Przez chwilę wahała się, ale Głos zachęcił ją do wejścia. 
      Phoebe zniknęła w mroku. 


***

          Na szpitalnym korytarzu panowała zupełna cisza. Sam, chłopak Maddie Swanson leżał samotnie w sali na białym łóżku. Jego ciało było podłączone do kilku rurek, w tym do kroplówki bo chłopak od wieczora nie przyswajał stałych pokarmów. 
          Kiedy pierwszy promień wschodzącego słońca przesunął się po ścianie, pogrążone we śnie ciało Sama wygięło się wpół. Czternastolatka ogarnęły konwulsje i w którymś momencie zsunął się z łóżka, ciągnąc za sobą wszystkie rurki. Spadł na zimną podłogę i wtedy się przebudził. Zmęczony i zdezorientowany poczuł pulsujący ból w palcach u dłoni. Spojrzał na nie i krzyknął. Paznokcie samoistnie zaczęły się wydłużać i wykrzywiać na końcach, zamieniając się w ostre szpony. Ręce pokryły się śliskimi łuskami w niewiarygodnym tempie. 
          Sam spróbował stanąć i zawołać po pomoc, ale słowa uwięzły mu w gardle. Zaczął się krztusić, a z ust wydobył się długi, trzepoczący język. Po plecach przeszło go mrowienie, a wtedy chłopak wydał z siebie zwierzęcy ryk. 
           Padł na czworaka, a za nim poruszał się jego gadzi ogon. Oczy chłopaka zamieniły się już w szparki, a z jednego wypłynęła mała łezka. 
        Stworzenie wyczuło coś nosem i spojrzało na drzwi, które w tym momencie się otworzyły. Do sali wbiegła pielęgniarka i podeszła do pustego łóżka. Wpatrywała się w porozrzucane po podłodze rurki i już miała się po nie schylić, kiedy zobaczyła potwora patrzącego prosto na nią.  
       Krzyknęła, a wielki gad skoczył, wbijając w nią swoje szpony. Biała, zimna posadzka spłynęła krwią.
Koniec rozdziału 2.