Music

czwartek, 8 lutego 2018

Rozdział 4.2

Sobota, 18 czerwca 2016, godzina 1:01; 1:27; 1:55; 2:19; 2:42; 3:00
Z perspektywy Daniela:

Nie potrafię zliczyć, ile już razy przewróciłem się z boku na bok, ale mo-gę zapewnić, że o wiele za dużo.
Z westchnieniem zmieniłem pozycję, ale na nic się to zdało, nadal było mi niewygodnie.
— Jezu — wycedziłem cicho i ułożyłem się na wznak.
W pokoju było dosyć jasno. Światła jadących aut przesuwały się po sufi-cie, ale nie to mnie dekoncentrowało. Trudno mi nawet stwierdzić, co to by-ło — po prostu od niepamiętnych czasów cierpiałem na upierdliwą bezsen-ność, ale już na pewno o tym wspominałem, więc nie będę zagłębiał się w szczegóły.
Świeże powietrze też nie pomagało. Otworzyłem okna na całą szerokość przed 2 w nocy, ale najwyraźniej to nie tlenu mi brakowało.
Moje myśli ciągle błądziły przy Zaynie, Phoebe i oczywiście Ricky. Miałem nadzieję, że nic im nie jest, że wytrzymują.
— Trzymajcie się — szepnąłem w ciemność. — Znajdę was, obiecuję.
Leżenie na plecach również zaczęło mi przeszkadzać, więc przewróciłem się na prawy bok. Przed oczami miałem stare, brązowe panele, których wi-dok wywołał nieprzyjemny ucisk w żołądku.
Już dawno nie rozmyślałem o tym, co mam, a czego nie. Powiedzieć, że pogodziłem się z niesprawiedliwością losu byłoby dużym niedopowiedze-niem, ale byłem chyba na dobrej drodze. Dobra, nie będę ściemniał. Nadal czułem się beznadziejnie w tej materii.
Nie wiem, kiedy, ale w końcu udało mi się zasnąć.

***

Sobota, 18 czerwca 2016, godzina 13:11
Z perspektywy Daniela:
Obudziły mnie jakieś krzyki. Otworzyłem oczy i podniosłem się z łóżka z głośnym ziewnięciem. Akurat wtedy do pokoju wpadł Richard, patrząc na mnie gniewnie:
— Gdzieś ty wczoraj był?! Wydzwaniałem do ciebie, jak głupi, ale ty oczy-wiście nie raczyłeś odebrać!
Zmarszczyłem czoło, bo nie wiedziałem, o co mu chodzi. Mrugając i po raz kolejny ziewając, wziąłem do ręki mój telefon, i rzeczywiście, wieczo-rem ojciec dzwonił do mnie kilkanaście razy. Spojrzałem na niego i odpar-łem:
— Przepraszam, miałem wyciszony telefon. Coś się stało?
Oprócz tego, że moi przyjaciele zaginęli, dodałem w myślach.
— Gdzie byłeś? — Richard ponowił pytanie.
— Kiedy? — zapytałem, a twarz taty poczerwieniała ze złości.
— Wczoraj. Wieczorem. Gdzie byłeś?
Udałem, że się zastanawiam. Co miałem mu powiedzieć — że długi czas siedziałem na plaży, poszukując natchnienia i wewnętrznych mocy? Chyba raczej nie...
— Spacerowałem.
— Spacerowałeś? — wycedził ojciec, jakby to było przekleństwo.
Westchnąłem.
— Powiesz mi wreszcie, o co chodzi?
— Wiesz, że rodzice Sama Collinsa nie żyją?
To pytanie zbiło mnie z pantałyku. Moja mina musiała to wyrazić, bo oj-ciec lekko się rozchmurzył.
— Susan mi powiedziała — oznajmił Richard i dodał z sarkazmem: — Wie-działbyś o tym, gdybyś odbierał telefony.
Zmrużyłem oczy i nic nie powiedziałem. W rzeczywistości wiedziałem o ich śmierci od wieczoru, kiedy znalazłem się w ich domu. Zdziwiony byłem tylko tym, że policja tak późno się za to zabrała.
— A wiesz, że Ricky Howard zaginęła? Jej brat zgłosił wczoraj jej zagi-nięcie...
Ojciec chyba coś jeszcze mówił, ale nie docierała do mnie reszta jego słów. Boże, pomyślałem, Nathan! Miałem ochotę udusić go gołymi rękami. Tak, wiem, bał się o siostrę, ale jak ja teraz mam szukać jej, Phoebe i Zay-na, który jest nie wiadomo gdzie, mając na karku panią szeryf i policję.
— Nic nie powiesz? — ojciec wpatrywał się we mnie przenikliwie. — Nie wydajesz się być zszokowany...
Cóż mogłem rzec.
— Nathan tu był i mi o tym powiedział — odparłem zgodnie z prawdą.
Richard kiwnął głową, zaskoczony. Już miał wychodzić, kiedy zapytałem:
— Jak tam Maddie?
Tata odwrócił się i westchnął:
— Lepiej. Wczoraj dowiedziała się o zniknięciu Sama i była na mnie zła, że jej o tym nie powiedziałem... — Richard zrobił minę, jakby coś przyszło mu do głowy: — Skąd wiedziałeś, że Sam zaginął? Wczoraj...
— Pielęgniarki plotkowały — wzruszyłem ramionami i zamknąłem usta.
Ojciec patrzył na mnie przez kilka sekund i wyszedł, a ja miałem ochotę strzelić się w łeb. Kłamstwa piętrzyły się i piętrzyły, a to był dopiero począ-tek.

***

Sobota, 18 czerwca 2016, godzina 15:04
Z perspektywy Daniela:

Po obiedzie i licznych, bezowocnych próbach skontaktowania się z Octa-vianem wyszedłem na dwór na umówione spotkanie z Meredith na placyku zabaw. Dziewczyna jeszcze się nie zjawiła, toteż spożytkowałem czas, huś-tając się i myśląc o wszystkich kłamstwach wypowiedzianych u mnie w do-mu.
Ciążyło mi to, że coraz bardziej oddalam się od taty, chociaż on sam się o to prosił, ale jednak, świadomość, że go okłamuję dawała mi się we znaki. Choć było gorąco, przeszły mnie ciarki po plecach.
Spojrzałem na ekran telefonu i westchnąłem — Meredith spóźniała się już ponad 10 minut. Chwilę potem podbiegła do mnie zdyszana. Nastolatka mia-ła na sobie czarną bluzkę z dużym dekoltem z guzikami, którą podwinęła sobie do łokci oraz dżinsowe białe szorty. Na jej widok znacznie podskoczyło mi ciśnienie.
Meredith spojrzała na mnie i pomiędzy nabieraniem powietrza wysapała:
— Już jestem. Sorry za spóźnienie.
Uśmiechnąłem się tylko i oboje podeszliśmy spacerkiem do stojącej nie-daleko budki z lemoniadą.
— Jak ci minął dzień? — zapytałem, podając jej duży kubek zimnego napo-ju.
Wziąłem też jeden dla siebie, zapłaciłem za oba i zaczęliśmy iść chodni-kiem. Ciepły wiatr muskał nas po twarzach, a słońce mile grzało.
— Dobrze — mruknęła Meredith, ale widząc moją minę, parsknęła śmie-chem. — No tak sobie. Moja starsza siostra ciągle mnie wykorzystuje, a ja nie umiem się jej przeciwstawić...
— Nie umiesz, czy nie chcesz? — zapytałem i po chwili zganiłem się w myślach.
— Sama nie wiem — westchnęła blondynka i wzięła łyk lemoniady. — Cza-sami czuję się wręcz bezsilna. Mona wiecznie czegoś chce i idzie po naj-mniejszej linii oporu, żeby to osiągnąć. Ja chyba po prostu nie potrafię się postawić...
Nastolatka zamilkła. Szliśmy w ciszy, a do mnie wreszcie coś dotarło — Meredith była sierotą. Miała siostrę — z jej słów wynikało, że wolałaby nie — ale straciła obojga rodziców w tak młodym wieku. Widać było, że stara się trzymać, ale jest to coraz trudniejsze.
— Jak myślisz, czemu taka jest? — zapytałem nagle.
— Chciałabym wiedzieć — wyznała Meredith ze smutkiem w głosie. — Nie zawsze taka była. Jak byłyśmy małe, spędzałyśmy dużo czasu ze sobą, ale potem coś się zmieniło. Odwróciła się ode mnie i zaczęła dręczyć.
Z oczu dziewczyny popłynęły łzy — ja i moje próby rozmowy z dziewczy-nami, które potrafię tylko doprowadzić do płaczu.
— Przepraszam, nie chciałem — zacząłem, na co Meredith objęła mnie ra-mionami.
Zaskoczony, przez chwilę nie wiedziałem, co zrobić. W końcu sam ją ob-jąłem i przytuliłem. Meredith załkała. Jej długie, jasne włosy łaskotały mnie po twarzy i wydzielały niesamowity zapach. Z każdą upływającą minutą robi-ło się coraz goręcej.
Nie wiem, jak długo tak staliśmy przytuleni. Meredith uwolniła mnie z uś-cisku i spojrzała na mnie wyraźnie zakłopotana.
— Przepraszam, nie wiem, co mnie napadło.
— To ja przepraszam — odparłem i dodałem: — Nie powinienem był pytać.
Meredith posłała mi delikatny uśmiech, przez co w jej policzkach zrobiły się dołeczki. Dziewczyna wyglądała po prostu uroczo.
Na moim czole pojawiły się kropelki potu, które szybko starłem. Musiałem zrobić kilka długich wdechów, bo żal praktycznie lał się z nieba. Meredith wachlowała się dłonią, ale na niewiele się to zdało, bo bardzo pobladła.
— Jak się czujesz? — patrzyłem na nastolatkę zaniepokojony. Kiedy nie od-powiedziała, poradziłem, by napiła się lemoniady. Tak też zrobiła i ode-tchnęła z ulgą. — Może pójdziemy do mnie? — zaoferowałem. — Nie lubię chodzić po dworze w takim skwarze.
Meredith zamrugała oczami i przytaknęła.
W milczeniu skręciliśmy w ulicę prowadzącą do mojego domu. Wzdłuż niej rosły drzewa, toteż mieliśmy sporo cienia i mogliśmy ochłonąć. Puste kubki po lemoniadzie wyrzuciłem do mijanego przez nas kubła.
Moja towarzyszka rozglądała się z zainteresowaniem po okolicy, która tęt-niła życiem — słychać było ćwierkanie ptaków, gaz odpalanego samochodu, a nawet odgłosy jakieś kopulującej pary.
Śmialiśmy się z tego jeszcze podchodząc pod drzwi. Zaprosiłem Meredith do środka i poszliśmy do kuchni, by napić się czegoś zimnego. Wyjąłem z lo-dówki sok jabłkowy, wziąłem z półki dwie szklanki i zaprowadziłem dziew-czynę do mojego pokoju.
Uśmiechnęła się tylko, widząc wysprzątany pokój. Lubię porządek, tyle wam powiem.
Meredith podeszła do mojego biurka i spojrzała na małą tablicę korkową nad nim wiszącą. Przyczepionych było do niej kilka zdjęć przedstawiających moich przyjaciół i mnie. Na jednym byliśmy w piątkę, Phoebe, Aria, Aaron, Zayn i ja siedzieliśmy w ogródku rodziców Aaron i piekliśmy kiełbaski przy ognisku. Świetnie się wtedy bawiliśmy aż uśmiechnąłem się na wspomnie-nie tamtego dnia.
Spojrzałem na koleżankę i zauważyłem, że jej uwagę przykuło inne zdję-cie. Fotografia przedstawiała Ricky i mnie, kiedy jeszcze byliśmy ra-zem — tuliliśmy się do siebie, siedząc w altanie przy jej domu. Mere-dith miała dziwny wyraz wypisany na twarzy, wyglądała, jakby chcia-ła coś powiedzieć, ale nie mogła.
— O co chodzi? — zapytałem, odwracając się plecami do biurka.
Blondynka otworzyła usta i po chwili je zamknęła.
— Czy wy... zerwaliście? — wskazała na zdjęcie z Ricky.
Kiwnąłem głową i usiadłem na łóżku. Nie chciałem o tym mówić i Mere-dith najwyraźniej to wyczuła, bo nie pytała dalej.
Przez długi czas siedzieliśmy w ciszy. W którymś momencie słowa same wyszły z moich ust.
Opowiedziałem jej praktycznie całe moje dotychczasowe życie — mówi-łem o mamie, która mnie porzuciła, o tacie, który tak naprawdę chyba nigdy mnie nie kochał, o moich najlepszych przyjaciołach, Zaynie i Phoebe (nie wspominałem, że ktoś ich porwał, a ja nie mam pojęcia, jak ich odnaleźć), o Kyle'u i naszej bardzo trudnej relacji.
Mówiliśmy o wielu innych sprawach, łatwych i trudnych, które trudno by-łoby tutaj przytoczyć. Czas mijał, godzina upływała za godziną, a nam nie kończyły się tematy do rozmowy. 
Siedzieliśmy na łóżku, potem leżeliśmy, rozmawiając. Jedliśmy przygoto-waną przeze mnie kolację (bardzo dobre kanapeczki), oglądaliśmy film, a konwersacja ciągnęła się w nieskończoność.
Ciąg dalszy nastąpi...


Rozdział 4.3 w niedzielę 18 lutego o 18:00!

niedziela, 4 lutego 2018

Ważne info!

Cześć :)

W tym tygodniu wyjątkowo nowy post nie pojawi się w niedzielę o 18. Wynika to po prostu z faktu, że trwa okres sesji, egzaminek goni egzaminek i nie miałem za bardzo czasu na pisanie.
Owszem, coś tam mam, ale jest tego malutko i nie ma sensu tego rozstrząsać.

W poniedziałek sobie usiądę i stworzę coś z niczego :)
Rozdział 4.2 powinien pojawić się zatem najpóźniej w czwartek o 18!

Nie bójcie się, Miasto Mroku żyje i będzie żyło, bo 2018 zapowiada się świetnie (oczywiście jak zdam ustny w poniedziałek 🤣).

Tak więc trzymajcie za mnie kciuki, a nowy rozdział pojawi się na dniach.

- Szymon

niedziela, 28 stycznia 2018

Rozdział 4.1

Piątek, 17 czerwca 2016, godzina 18:30
Od prawie dwóch godzin (no dobra, od godziny i piętnastu minut) próbo-wałem się skupić, ale dzięki wysiłkom Octaviana w ogóle mi się to nie uda-wało. Członek Rady patrzył na mnie wyczekująco, a ja zmarszczyłem brwi. Facet pewnie myślał, że jego obecność mnie motywuje. No cóż, pozostawi-łem to bez komentarza.
Znajdowaliśmy się na pustej plaży, siedząc naprzeciwko siebie na ciepłym piasku i modląc się o cud. Tak już serio, Octavian wymyślił, że otoczenie na-tury pomoże wykrzesać ze mnie magiczne zdolności. Szczerze w to jednak wątpiłem, bo jak na razie, to udało mi się unieść kilka centymetrów w po-wietrzu, a nie to było moim zamierzeniem.  
— To nic nie da — jęknąłem po raz n-ty i wyrzuciłem ręce w górę. — Stra-ciliśmy mnóstwo czasu i...
— I co? — Octavian wykrzywił wargi. — Musisz uwierzyć w siebie, to pod-stawa czegokolwiek.
— Łatwo ci powiedzieć — burknąłem i skierowałem wzrok na wzburzone fale. Wiatr szumiał mi we włosach, a chłodna morska bryza łaskotała skórę twarzy. — To nie ty musisz odnaleźć swoich przyjaciół, którą są nie wiadomo gdzie. To nie ty czujesz, że grozi im śmiertelne niebezpieczeństwo i to nie ty próbujesz poznać drzemiące w tobie moce. Więc nie mów mi, proszę z łaski swojej, że muszę uwierzyć w siebie. Jakbym tego nie wiedział.  
— Skończyłeś? — mężczyzna pokręcił głową z wyraźną dezaprobatą w o-czach. — Powiem ci jedno: nie ty pierwszy i ostatni znajdujesz się w takiej sytuacji, kiedy życie ludzkie jest zagrożone. Najlepszą rzeczą, jaką możesz zrobić, jest przestać myśleć o sobie i skupienie się na rozwiązaniu problemu.
Otworzyłem usta, ale nie wiedziałem, co mógłbym powiedzieć. Nie byłem z tego powodu przeszczęśliwy, ale musiałem przyznać Octavianowi rację — przynajmniej w tej jednej sprawie, dodałem w myślach dla pocieszenia.
— No dobra — westchnąłem, a członek Rady uśmiechnął się, widząc moją zbolałą minę. — To jak mogę rozwiązać mój problem?
— Dobrze by było spojrzeć w przyszłość — powiedział po dłuższej chwili namysłu. — Przyznam, że osobiście tego nie popieram, bo łatwo można po-paść w obłęd.
— Dlaczego?
— Ciągłe zacieranie się czasoprzestrzeni, tracenie poczucia rzeczywistoś-ci, to wszystko ma na ciebie wpływ. W którymś momencie możesz po prostu mieć wizję, a będziesz święcie przekonany, że ten samochód jedzie prosto na ciebie. Zeskoczysz na bok, a w rzeczywistości przeskoczysz przez balu-stradę mostu. Taka sytuacja miała już miejsce, więc...
— Boże — wpatrywałem się w Octaviana z wybałuszonymi oczami. — To chyba nie jest bezpieczne.
— Nie jest — potwierdził mężczyzna. — Zależy oczywiście jak dla kogo. Ty posiadasz bardzo silną aurę, więc...
— Zrobię to — znowu przerwałem mu, kiedy chciał coś dopowiedzieć.
— Na pewno? — członek Rady patrzył na mnie niepewnie.
— Tak — odparłem, wiedząc że za moment się rozmyślę i zapytałem: — Co powinienem robić?
— Zamknij oczy — polecił, a ja podążałem za jego wskazówkami.
Otworzyłem usta i wziąłem głęboki oddech, chcąc oczyścić umysł ze wszystkich zbędnych myśli. Nie było to łatwe, ale w końcu mi się udało i jedynym co słyszałem, był szum fal, wiatr targający mnie za włosy i prze-latujące nad nami mewy.
Próbowałem zobaczyć twarze Ricky, Phoebe oraz Zayna, ale one co rusz mi umykały. Były blisko, a zarazem tak daleko, w jednej chwili na wycią-gnięcie ręki, a w następnej całe mile dalej.
— To się nie uda — szepnąłem i poczułem napływające mi do oczu łzy. — Nie potrafię...

— Potrafisz — oznajmił Octavian z siłą, która mnie zaskoczyła. — Nie tylko potrafisz, twoja moc jest w tobie, jest częścią ciebie. To ty decydujesz, jak z niej korzystać i kiedy.
Wciąż pogrążony w ciemności, zmusiłem swoje usta do uśmiechu. Głos członka Rady był spokojny, ale zawartych było w nim wiele emocji. Męż-czyzna naprawdę chciał mi pomóc.
Gdy tylko o tym pomyślałem, zamajaczył mi przed oczami pewien obraz.
Granatowe niebo zasnute było gęstymi chmurami, światło księżyca nie było w stanie się przez nie przebić. Stałem na plaży, ale poza mną nikogo na niej nie było. W oddali widziałem zarys jaskini, w której musiały przebywać Ricky i Phoebe. Chciałem tam pobiec, ale nie byłem w stanie się poruszyć. Tak więc nie ruszyłem wtedy nawet palcem, kiedy zobaczyłem nadbiegającą z daleka postać. Próbowałem dostrzec jej twarz, ale była ona rozmazana. Dopiero, gdy przebiegała obok mnie, w szoku rozpoznałem w niej siebie.
Przyszły ja skierował się do jaskini, ale nie zobaczyłem, czy do niej do-biegł, gdyż oślepił mnie rozbłysk nienaturalnego światła.
Znowu znajdowałem się na plaży, ale tym razem było jakoś inaczej, jaś-niej. Owszem, też był wieczór, ale byłem pewny, że to zupełnie inna wizja.
Przy wejściu do jaskini stała jakaś wysoka dziewczyna, ale jej twarz skry-ta była przez jasne włosy. Kogoś mi przypominała, ale nie potrafiłem po-wiedzieć, kogo. Mój wzrok przykuło wtedy coś innego.
Kilka metrów od brzegu na piasku ktoś leżał. Skupiłem wzrok i ku zgrozie stwierdziłem, że to nieruchome Ricky i Phoebe. Miałem nadzieję, że są tylko nieprzytomne, ale rozum podpowiadał coś zupełnie innego.
Z krzykiem otworzyłem oczy i zobaczyłem zaniepokojonego Octaviana. Mężczyzna dał mi trochę czasu na ochłonięcie i zapytał o to, co udało mi się ujrzeć. Opisałem mu wszystko najdokładniej jak się dało i zapewniłem, że pierwsza wizja nie ma dla nas teraz znaczenia, gdyż była zbyt odległa.
— To tą drugą powinniśmy się martwić — oznajmiłem, wpatrując się w o-cean. — To ma się wydarzyć już niedługo, jestem tego pewien. Ricky i Phoebe... One...
Zabrakło mi słów. One nie mogą umrzeć, powiedziałem sobie w myślach, nie mogą!
— Nie mamy więc dużo czasu — westchnął Octavian i obaj wstaliśmy, otrze-pując się z piasku. — Skupmy się na tym, co potrafisz. Zaczniemy od teleki-nezy.
— Okej — powiedziałem cicho.
Ćwiczyłem do późna i skonany znalazłem się w swoim łóżku około 1 w nocy.

***

Troszkę wcześniej:
Piątek, 17 czerwca 2016, godzina 17:56
— Richardzie, masz chwilę czasu?
Ojciec Daniela pokiwał głową i dołączył do szeryf Bynes.
— Mam bardzo złe wieści — zaczęła kobieta i oboje dorośli usiedli w o-pustoszałym szpitalnym bufecie. — Rodzice Sama Collinsa zostali zamordo-wani.
— Co takiego?! — wykrzyknął zaskoczony Swanson. — Ale co się stało? Kto to zrobił?
— Nie mam zielonego pojęcia — westchnęła pani szeryf, opierając się łokciem na stoliku. — Podobno zostali pogryzieni przez węże i do pewnego stopnia skonsumowani.
Richard drgnął na dźwięk słowa „węże”, ale słuchał dalej.
— Ich ciała, a raczej to co z nich zostało, było umieszczone w składziku na miotły w ich własnym domu. Przychodzę z tym do ciebie, ponieważ mówiłeś wcześniej, że to Daniel i jakaś jego koleżanka znaleźli Sama i Maddie. Nie mówili, że widzieli coś podejrzanego? Cokolwiek, co mogłoby pomóc?
— Daniel mówił coś o wielkich wężach — odparł mężczyzna z niechęcią na wspomnienie utarczki słownej z najstarszym synem. — Nic poza tym, bo się kłóciliśmy. Jak zwykle zresztą.
Szeryf Bynes uśmiechnęła się krzywo.
— Rozumiem.
— Wiadomo już coś o Samie? Macie jakieś ślady?
— No właśnie nic nie mamy — jęknęła mama Angeliki. — Nic, a nic. Nie ma żadnych śladów, że Sam opuścił szpital albo , że ktoś go uprowadził. Jednym słowem dupa.
Richard nie skomentował słów kobiety.
— Teraz jeszcze zaginęła Ricky Howard i już naprawdę nie wiem, co robić. To jest jakaś epidemia.
— Jak to Ricky zaginęła? — wzmianka o byłej dziewczynie Daniela wstrząs-nęła mężczyzną.
— Jej brat przyszedł na posterunek i zgłosił jej zaginięcie. Wysłałam eki-pę, ale jak na razie żadnych śladów.
Richard nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Za dużo rzeczy na raz, przeszło mu przez myśl.
— Czy mogłabym porozmawiać z Maddie?
Pytanie szeryf Bynes ocuciło mężczyznę.
— Ale po co?
— Żeby powiedziała mi, co się wydarzyło w domo Collinsów. Każda infor-macja może mi pomóc rozwiązać tę sprawę.
— Maddie ma 14 lat — zaczął Richard. — Ona... ja jej nie powiedziałem o zaginięciu Sama.
Kobieta spojrzała na Swansona z uniesionymi brwiami, a wtedy do bufetu wpadła zdyszana dziewczyna.
— Tu jesteś — wycedziła Maddie i podeszła do pary siedzącej przy stoliku. — Gdzie jest Sam? Co się dzieje? Czemu mi nie powiedziałeś, że Sam zaginął? — Czternastolatka wyrzucała słowa z ust z szybkością torpedy.
— Nie chciałem cię niepokoić — odparł Richard słabo. — Co tu w ogóle ro-bisz? Kto pozwolił ci opuścić salę?
— Pielęgniarka, którą wezwałam. Zapytałam ją o stan Sama, a ona tylko odwróciła wzrok i mruknęła coś o jego zniknięciu. Możesz mi to wyjaśnić?!
Richard dostrzegł w oczach Maddie strach i ból. Mężczyzna wziął głęboki oddech i przytulił córkę.
— Przepraszam. Myślałem, że tak będzie lepiej. Nie wiedziałem, jak mam ci o tym powiedzieć. Poza tym nie wiemy więcej, niż ty. Policja nie znalazła na razie żadnych śladów, ale są na tropie, prawda, Susan?
Kobieta przewróciła oczami i kiwnęła głową.
— Chodź — szepnął Richard do córki. — Pani szeryf ma ręce pełne roboty.
— Zaczekajcie — poprosiła mama Angeliki. — Maddie, możesz mi powie-dzieć, co pamiętasz z tamtej nocy?
Czternastolatka zacisnęła wargi i cicho odpowiedziała:
— Poszłam do domu Sama, jak się umówiliśmy — widząc spojrzenie ojca, parsknęła: — No nie patrz tak na mnie, nie robiliśmy nic złego. Siedzieliśmy w salonie, oglądaliśmy film i usłyszeliśmy jakieś hałasy. Nagle zgasły wszyst-kie światła i pamiętam, jak bardzo się przestraszyłam. Sam powiedział, że-bym się nie bała, bo tylko wyskoczyły korki, ale czułam, że dzieje się coś złego. Zrobiło się okropnie zimno, choć noc była ciepła. Słyszeliśmy jakieś krzyki, ale baliśmy się ruszyć. W końcu poszliśmy na górę. Było ciemno i ciągle się o coś potykałam, aż w końcu...
Maddie przerwała i zadrżała. Richard spojrzał na nią z niepokojem, a pani szeryf pogłaskała ją po ramieniu.
— Aż w końcu? — zapytała zachęcająco.
— Aż w końcu coś dużego owinęło mi się wokół nogi. Przewróciłam się i wpadłam na Sama. Coś syknęło mi koło ucha i zrozumiałam, że to wąż. Zaczął mnie gdzieś ciągnąć. Krzyczałam, wołałam Sama, ale nie słyszałam odzewu. Bałam się, że coś mu się stało, że ten wąż go ugryzł. Potem chyba zemdlałam. Pamiętam, że to Daniel nas uratował. Zabrał nas stamtąd z tą dziewczyną, taką ładną blondynką. Zamówili taksówkę i przyjechaliśmy tutaj do szpitala.
Maddie zakończyła swoją opowieść i na jej twarzy zagościła ulga, że w końcu to z siebie wyrzuciła.
— Czy rodzice Sama już wrócili? — zapytała dziewczynka panią szeryf.
Kobieta zamarła i odwróciła wzrok. Z bólem serca nie powiedziała o ich zabójstwie:
— Nie, nie mamy na razie z nimi żadnego kontaktu.
Czternastolatka kiwnęła głową. Richard podziękował pani szeryf bez słów i razem z córką poszli na ich oddział.
Ciąg dalszy nastąpi...

niedziela, 21 stycznia 2018

Rozdział 3.9

Piątek, 17 czerwca 2016, godzina 16:08
Z perspektywy Daniela:
Przyznam szczerze, że miałem mętlik w głowie. Siedziałem dalej na huś-tawce, a mrowienie w okolicach brzucha nasilało się z każdą chwilą. Nie bo-lało, ale przypominało coś, z czym nie miałem do czynienia od bardzo daw-na. Od kiedy zerwałem z Ricky.
Zmarszczyłem czoło i westchnąłem ciężko. Gdzie jesteś Ricky?, pomyśla-łem. Gdzie mam was szukać? Ech, mruknąłem. Co ja mam robić? Nie mam pojęcia, od czego w ogóle zacząć.
Nie wiedziałem, co mam o tym wszystkim myśleć — jak już mówiłem, mętlik w głowie i te sprawy. Nagle coś przyszło mi do głowy, a ja miałem o-chotę pacnąć się w czoło. Wyciągnąłem komórkę z kieszeni dżinsowych spo-denek i wybrałem numer Zayna.
Przez długi czas słyszałem sygnał połączenia, aż w końcu włączyła się poczta głosowa, którą dopiero po kilku sekundach wyłączyłem. Wstałem z huśtawki i wyszedłem z placyku zabaw. Słoneczko nadal przygrzewało, a ja zacząłem pisać sms-a do Nortona. Pytałem w nim, gdzie jest, prosiłem, że-by się odezwał i kliknąłem przycisk "wyślij". Mój telefon potrzebował chwili na zajarzenie i nagle pokazał, że wiadomość nie została wysłana.
— Że co? — parsknąłem i ponowiłem wysłanie, które i tak zakończyło się fiaskiem. — No co jest?
Wtedy mnie olśniło. Sprawdziłem stan konta i rzeczywiście zostało mi marnych parę groszy. Świetnie, pomyślałem. Zamiast iść od razu do siebie, skręciłem w kierunku domu przyjaciela. Droga była krótka, więc dosyć szyb-ko znalazłem się na ich posesji.
Biel domu Zayna biła po oczach. Budynek był czyściutki jak nigdy, wyda-wał się wręcz błyszczeć. Miałem już wejść na ganek, ale usłyszałem kobiece wołanie:
— Daniel, to ty?
Odwróciłem się, a przede mną stała pani Norton z dwoma wielkimi tor-bami zakupów.
— To ja — odpowiedziałem z uśmiechem, a kobieta odwzajemniła uś-miech, podeszła i przytuliła mnie, obijając mi plecy zakupami.
— Miło cię widzieć — powiedziała i zapytała z wahaniem: — Zayn nie jest z tobą?
Spojrzałem na nią i odparłem:
— Wyszedł ode mnie i myślałem, że może wrócił do siebie.
— Chodźmy sprawdzić w takim razie — oznajmiła i ruszyła na ganek.
— Proszę dać mi te torby — zaoferowałem się, a kobieta z ulgą mi je po-dała.
— Dzięki — powiedziała, otworzyła drzwi kluczem i weszliśmy do środka.
Panował tam lekki nieporządek, ale nie mnie było to oceniać. U mnie w domu też nie zawsze królowała czystość, więc...
— Zayn, jesteś? — krzyknęła mama Nortona, ale odpowiedziała nam cisza. — Chyba go nie ma. — Dopowiedziała, patrząc na mnie.
Poszliśmy do kuchni, a już na miejscu zacząłem wykładać zakupy na stół. Ile ta kobieta nakupowała rzeczy, pomyślałem, wyciągając czwarte opako-wanie kiełbasy z indyka (dla Waszej informacji dodam, że bardzo ją lubię). Mama Zayna krzątała się obok i wkładała produkty do lodówki.
Ja w międzyczasie zastanawiałem się, gdzie może podziewać się mój przyjaciel. Ludzie ot tak nie znikają... Ta, chciałoby się.
— Myślisz, że Zayn jest nadal na mnie zły? — zapytała znienacka kobieta.
Spojrzałem na nią i w moich oczach wydała się taka drobna. Zdawałem sobie sprawę z sytuacji rodzinnej Zayna, a poza tym miałem dobry kontakt z jego mamą, toteż mogłem odpowiedzieć szczerze:
— W jakiejś części na pewno — zacząłem i zobaczyłem, jak kobieta spusz-cza wzrok. — Wydaje mi się, że jego ból nie zniknie tak szybko. Nie chcę pa-ni zasmucać, ale musi pani dać mu trochę czasu. Może przynajmniej w jego przypadku sprawdzi się, że czas leczy wszelkie rany...
Mama Nortona zacisnęła wargi i uśmiechnęła się krzywo.
— Mam nadzieję, że masz rację — szepnęła i oparła się o zlew.
Rozejrzałem się dookoła i oznajmiłem, że będę już leciał. Obiecałem, że jak spotkam Zayna, to powiem mu, żeby zadzwonił.
— Jak coś to ma pani mój numer — dodałem. — Do widzenia.
— Cześć, Daniel — powiedziała kobieta i odprowadziła mnie do drzwi.
Wziąłem głęboki oddech i moim zwyczajowym szybkim krokiem ruszyłem do domu. Niech Zayn tam będzie, niech Zayn tam będzie, ta myśl chodziła mi po głowie przez całą drogę.

Po kwadransie dotarłem na miejsce i wpadłem do środka jak burza. Ob-szedłem cały budynek i ze złością zaliczyłem Nortona do elitarnej grupy za-ginionych przyjaciół, którzy gdzieś przepadli.
Usiadłem na kanapie w salonie w poczuciu totalnej bezsilności. Czułem się bezużyteczny, bo posiadałem magię, a nawet nie wiedziałem, jak z niej skorzystać. Zacisnąłem pięści, zagryzłem wargi i wtedy oczywiście zadzwonił telefon. Zdenerwowany spojrzałem na ekran i zamarłem, bo dzwoniła mama Zayna.
Pewnie chciała wiedzieć, czy jej syn jest u mnie, pomyślałem i nie ode-brałem. Kobieta próbowała się ze mną skontaktować jeszcze 2 razy aż w końcu odpuściła. Przełknąłem ślinę i coś sobie uświadomiłem.
Jeśli chciałem nauczyć się korzystać ze swojego daru, była jedna osoba w mieście, która mogła mi w tym pomóc.
— Octavian — wycedziłem na wspomnienie ostatniego spotkania z męż-czyzną.
Świetnie. Ze zbolałą miną wyszedłem z domu.

***

— Zastanawiałem się, kiedy wstaniesz, śpiąca królewno — powiedział Czarny Wąż, szczerząc się do Zayna. — Mam nadzieję, że było ci wygodnie?
Norton przez chwilę próbował ogarnąć sytuację, ale po nieudanej pierw-szej próbie poddał się. To jakiś zły sen, pomyślał szesnastolatek.
— Nie miej mi proszę za złe, że tak cię potraktowałem — rzekł czarodziej, wskazując na Nortona leżącego na ziemi. — Ale widzisz, nie spodziewałem się twojej wizyty w moich skromnych progach. Zupełnie mnie zaskoczyłeś i prawie wpadłeś mi w ramiona. W ostatniej chwili cię złapałem...
Oczy Czarnego Węża błyszczały, na co Zayn z irytacją stwierdził, że gość sobie z niego bezczelnie kpi. Chłopak wstał, ale zrobił to bardzo szybko i za-kręciło mu się w głowie.
— Coś ty mi zrobił? — parsknął Norton i złapał się za głowę. — Dziwnie się czuję.
— W ogóle jesteś jakiś dziwny — zaśmiał się czarodziej i z uciechy klepnął się po kolanie. — Chyba nigdy nie spotkałem się z takim idiotą, jak ty.
Szesnastolatek zacisnął pięści i miał już rzucić się na swojego rozmówcę, lecz poczuł silny wstrząs, który zawrócił mu w głowie. Zrobiło mu się ciemno przed oczami i przez chwilę nic nie słyszał.
Czarny Wąż wpatrywał się w Zayna, nie potrafiąc rozszyfrować, czy tam-ten udaje, czy rzeczywiście jest z nim coś nie tak. Wtedy Zayn cały siny na twarzy upadł na ziemię, przez kilka sekund wykrzykiwał niezrozumiałe słowa i przestał się poruszać.

***

Z perspektywy Daniela:
— Mogę wejść? To ja, Daniel.
Członek Rady nie odpowiedział. Albo się obraził, albo po prostu wyszedł, pomyślałem i zapukałem jeszcze raz. Wtedy usłyszałem odgłos zamykanej książki i zbliżające się kroki. Drzwi cicho zaskrzypiały i stanął w nich Octa-vian z zaciętym wyrazem twarzy.
— Co się stało? Nagle mnie potrzebujesz?
Uśmiechnąłem się sztucznie i minąłem go. Usiadłem na krześle i powie-działem:
— Musisz mnie szkolić. Musisz mnie wszystkiego nauczyć.
Mężczyzna zamknął drzwi, przysiadł na skraju łóżka i zmierzył mnie dłu-gim spojrzeniem.
— Żeby to było takie proste. Magia to nie jakieś tam sztuczki, pstrykasz i dzieje się. Magia to potężna siła, która potrafi wyzwolić w człowieku wszystko to, co najgorsze.
— Co próbujesz przez to powiedzieć? — zapytałem cicho.
— Magia zmienia. Nieważne, jak wykorzystywana, zmienia. Czy jesteś na to gotowy?
Wymienialiśmy spojrzenia, a cisza narastała.
— Chyba tak — odparłem, a Octavian omal nie krzyknął:
— Żadne chyba. Albo jesteś w stanie zaakceptować ten fakt, albo nie! Decyduj!
Wytrzeszczyłem oczy. Co to miało znaczyć? Co on sobie myślał, że kim ja jestem?
— Jestem gotowy! — powiedziałem z mocą.
— Super — mruknął Octavian i podszedł do leżącej na stoliku książki. — Czas zacząć.

***

Nathan Howard, młodszy brat Ricky stał przed biurem pani szeryf dobrych kilkanaście minut. Chłopiec zastanawiał się, rozważał wszystkie "za" i "prze-ciw" i podczas kolejnego ich wymieniania podjął wreszcie decyzję.
— Idę — szepnął do siebie i wszedł do środka.
Przemknął niezauważenie obok recepcjonisty wpatrującego się w ekran telewizora i wpadł na kobietę o jasnych blond włosach.
— Nathan? — zdziwiła się szeryf Bynes. — Co tu robisz? Coś się stało?
Nastolatek przez moment milczał aż w końcu odparł słabym głosem:
— Chciałbym zgłosić zaginięcie mojej siostry, Ricky Howard.


Koniec rozdziału 3.
Ciąg dalszy nastąpi...
Snow-Falling-Effect